Wreszcie się ukazała, a już myślałem, że się nie uda jej wydać na Święta.
Mowa o książce kolegi Szymona Drejewicza, z którym miałem okazję współpracować przez jakiś czas w jednej firmie. Znając Szymona, przyłożył się do roboty i choć jeszcze nie czytałem, pozycja na pewno znajdzie się w mojej biblioteczce, abym mógł ją mieć pod ręką w razie potrzeby.
Przede wszystkim, to mam jakiegoś pecha. Przed pół maratonem byłem dwa tygodnie chory i nie trenowałem, więc forma była wielką niewiadomą. Tym razem przydarzyła mi się mała kontuzja i musiałem przerwać trening na miesiąc przed startem.
Kontuzja przydarzyła się w sposób banalny. Jak co tydzień, w czwartek ćwiczyłem siłę biegową. Praktykuję dwa warianty tego ćwiczenia – skipy i wieloskoki. Szczerze mówiąc wieloskoki mi bardziej leżą, bo mniej głupio wyglądają (i tak się ludzie na wsi na mnie patrzą jak na wariata ). No i właśnie po takiej serii zaczęła mnie boleć łydka. To był dla mnie sygnał, że muszę zrobić przerwę, bo w ogóle nie wystartuję, miałem jednak świadomość, że forma spada ;(
No ale nie ma co biadolić, podobnie jak przed półmaratonem, zweryfikowałem swoje plany. Wiedziałem, że bez optymalnej formy nie pobiegnę tego dystansu w 4 godziny. Założyłem więc, że biegnę na tętno. Pierwszy raz można sobie pozwolić na słabszy wynik, aby dobiec.
Zjadłem więc 3 godziny przed startem porządne śniadanie, zapakowałem wszystkie potrzebne akcesoria, łącznie z żelem izotonicznym i napojami i godzinę przed startem byłem w parku Agrykola.
Obejrzałem miasteczko biegowe, ustaliłem z moją żoną, która dzielnie mi towarzyszyła gdzie się spotkamy po biegu i rozpocząłem rozgrzewkę.
Przed startem
Przede wszystkim byłem sporo mniej podekscytowany niż przed półmaratonem. No może nie mniej podekscytowany, ale jakiś spokojniejszy. Dzięki temu mogłem się trochę rozejrzeć i nacieszyć różnorodnością ludzi, którzy stanęli na starcie, którzy mieli tutaj jeden wspólny cel – dobiec do mety (niektórzy jeszcze zakładali jakiś czas ). Atmosfera i klimat wspaniały. Furorę oczywiście zrobili Spartanie i (co jest mniej zauważane, a niesłusznie) Spartanki. Ich bieg był tym bardziej bohaterski, że wyznaczyli sobie cel charytatywny . Gratuluję! Ja sobie nie wyobrażam biegu w takim stroju
Sławni ludzie
Są ludzie, o których słyszałem w kontekście szeroko pojętej dyscypliny maratońskiej.
Pierwszym takim człowiekiem był pan Robert Korzeniowski, który idąc dogonił mnie gdzieś na 5 kilometrze. Śmignął obok – idąc . Wszedł pomiędzy dwóch biegających żołnierzy (było takich dwóch śmiałków, ale chyba biegli tylko bieg olimpijski, biegli w mundurach i w fajnych żołnierskich butach), szedł miedzy nimi jakąś chwilę, musząc sporo zwolnić, po czym się pożegnał i zniknął gdzieś z przodu.
Druga osobą, o której słyszałem to bezdomny maratończyk, z którym wywiad możecie zobaczyć poniżej. Pan Piotr daje radę i wierzę, że da radę również poza trasami biegowymi.
Pierwsza dziesiątka poszła sprawnie i byłem na razie dobrej myśli. Tętno w normie, nogi nie bolały, choć robiło się coraz cieplej i coraz ciężej sie oddychało. Na zdjęciu jak widać, jeszcze jestem uśmiechnięty
Między czas: 01:10:11.
Minąłem zwycięzcę
Jest w tym nagłówku oczywiście mała manipulacja pana Kibeta minąłem gdy ja byłem mniej więcej na 15 km, a on biegł w przeciwnym kierunku i był mniej więcej na kilometrze 38. Miło było popatrzeć jak biegnie czołówka. Ta lekkość ruchu, ta siła odbicia, te „kroki” długości 3m poezja.
Dla wyjaśnienia załączam mapkę, możecie na niej zobaczyć, dlaczego mieliśmy okazję się spotkać.
Walka
Na półmetku biegłem w miarę równo i wszystko było ok (międzyczas 02:31:25). I tak było w sumie aż do 30 km gdzie międzyczas wynosił 03:42:02. Oczywiście nie są to wyniki olśniewające, ale wtedy czułem się dobrze i tylko to się liczyło.
Schody zaczęły się mniej więcej na 32 km. Przekonałem się jak działa słynna ściana. Niby wszystko jest w porządku, aż nagle tętno zaczyna stopniowo, ale dosyć szybko rosnąć z każdą setką metrów, aż w końcu przychodzi taki czas, że mięśnie nóg są tak zakwaszone, że niemal nie da się na nich ustać.
Ech naczytałem się ja o tym i to mnie trochę uratowało. Wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać, więc brnąłem dalej pomimo bólu. Słońce prażyło, a cienia na zmienionej trasie prawie nie było, co potęgowało zmęczenie. Na punktach z wodą odkryłem jej drugą, obok gaszenia pragnienia zbawienną funkcję, można było się nią obmyć i odświeżyć. Na 36 km miałem straszny dół. Na prawdę nie dałem rady już nic, ale powtarzałem sobie, że to przecież już 36 km i jeszcze tylko 6,195
Każdy z tych kilometrów był masakryczny, ból w nogach niewyobrażalny.
Na szczęście czas leciał, a wraz z nim dystans. W momencie, gdy zobaczyłem 4 z przodu przybyło mi sił, było mi dużo lepiej i przede wszystkim nie miałem już wątpliwości, że dobiegnę, bo choć nogi bolały, to nie łapały mnie skurcze, co dawało nadzieję. Zobaczcie jednak moją minę z 41. km i porównajcie z tą z 10
Na 42. pierwszym kilometrze czekała na mnie również wspaniała niespodzianka. Wraz z moją kochaną, zniecierpliwioną żoną czekał na mnie Adil, Elwirka i dwójka ich dzieci, krzycząc: Grzesiek, Grzesiek !!! Grzesiek !!!
Dziękuję Wam, to było wspaniałe!
Na koniec chcę Wam jedno napisać. BYŁO WARTO! Wspaniałe przeżycie i z pewnością nie jest to mój ostatni maraton. Od listopada zaczynam nowy cykl treningowy, bo w przyszłym roku mogę już pobić życiówkę, bo ją już mam (5.25.28 brutto, 5.23.01 netto).
Jak ktoś chce zobaczyć mój samotny finisz, to w filmie poniżej.
Było bardzo ciężko w tym moim debiucie, ale się udało. Teraz odpoczynek, a potem analiza, wnioski i w przyszłym roku trzeba pobiec jakiś konkretny czas.
Na razie się nie będę rozpisywał, bo jestem szalenie zmęczony i czuje się jakbym był chory, ale wkrótce opowiem na blogu jak było, co się okazało słabością, a co siłą i jakie wnioski na przyszłość wyciągnąłem.
Dzisiaj będzie zajawka czegoś bardzo wartościowego i wyjątkowego, więc zachęcam do przeczytania i śledzenia najbliższych wpisów na blogu.
Co prawda mam zaległości w pisaniu o moim bieganiu, ale to wcale nie znaczy, że zaprzestałem swoich zamiarów. Wręcz przeciwnie, właśnie zarejestrowałem się na pierwszy w moim życiu maraton. Nie jakiś półmaraton, cały piękny i wyzywający dystans 42 km 195 m jest przede mną. Czekam na przydział numeru startowego i niedługo zdradzę pewne bardzo tajemnicze, ale fascynujące szczegóły mojego startu!
Tymczasem chciałbym Ci przybliżyć bardzo fajną jednostkę treningową, która diametralnie zmieniła moje treningi. Szczerze mówiąc biegając kilka razy w tygodniu rozbiegania po kilkanaście kilometrów, z czasem staje się nieco nudne. Nie męczy, nie zaskakuje, po prostu biegniesz i podziwiasz przyrodę. Trzeba się wtedy pilnować, aby się nie znudzić. Z resztą dotyczy to nie tylko biegania, ale również każdej „dyscypliny” (np. pisania na blogu), nad którą trzeba wytrwale i długo pracować, aby dosięgnąć celu.
Ćwiczenie, o którym mowa, nazywa się biegiem ciągłym.
Bieg ciągły polega na tym, że biegnie sie ze stałą, z góry określoną prędkością wyznaczony odcinek, z tygodnia na tydzień coraz dłuższy. W moim planie treningowym zaczynałem z sześciokilometrowym odcinkiem z prędkością 5:45 na kilometr.
Musisz mi wierzyć, że choć dystans teoretycznie jest krótki, zmiana krosu aktywnego na bieg ciągły, który jest oznaczony w moim planie treningowym jako WB2 (5.45, 6km), była dla mnie lekką rewolucją.
Trzeba również zaznaczyć, że wspomniany dystans nie oznacza tak krótkiego biegu, łącznie podczas tego ćwiczenia (początkowo) przebiegałem około 11km. A jak to dokładnie wygląda? Czytaj dalej!
Zanim jednak oddam głos Autorytetowi, chciałbym Cię uczulić na to, że niedługo ogłoszę na prawdę ważną rzecz, w której będziesz mógł/mogła uczestniczyć osobiście. Powiem więcej nie uczestniczyć w tym byłoby wielką stratą. Zachęcam więc, aby zaglądać na blog w najbliższym czasie, a najlepiej zapisać się za pomocą RSS i być na bieżąco. Nie minie zbyt wiele czasu zanim ogłoszę całą sprawę.
Możesz również kliknąć „lubię to” na dole artykułu i skomentować na facebooku, aby Twoi znajomi również mieli szansę na coś wyjątkowego!
Oddaję głos fachowcowi, panu Jerzemu Skarżyńskiemu (książka pt. Maraton). W komentarzu jest również mowa o SB, którą to jednostkę treningową opiszę wkrótce.
WB2 6km (5:45/km) Realizacja: Po typowej rozgrzewce, 6 km biegu ciągłego równym tempem z podaną prędkością. Po zakończeniu odpoczynek 4-5 minut, a potem 2 km schładzającego truchtu. Komentarz: Aby pokonać granicę 4h w maratonie trzeba na treningach realizować biegi ciągłe, z SB na dzień lub dwa przed nimi. Zapewniam, że po kilku tygodniach wprawek opanujesz umiejętność biegu ze stałą prędkością. Kontrola tętna jest tu niezbędna, by nie wejść w strefę III intensywności.
Jeśli początkowo nie uda Ci się utrzymać zalecanej prędkości biegu – nie zrażaj się. Nie staraj się na siłę jej utrzymywać. Jeśli nie wyrabiasz się na całym dystansie z podaną prędkością, biegnij 5-10s wolniej. Może po kilku tygodniach uda Ci się dogonić zalecane prędkości. Jeśli nie – nastaw się na wynik raczej gorszy niż 4 godziny. Może za rok ta bariera będzie w Twoim zasięgu.
Ponieważ narzędzie opisywane przeze mnie poprzednim razem yUML, choć fajnie wygląda, okazało się być niewystarczające dla bardziej skomplikowanych diagramów, a twórca tego narzędzia olał moją prośbę o pomoc, postanowiłem szukać dalej.
W końcu opisanie diagramu jest na prawdę fajnie, a ręce, szczególnie programistów, nie zwyczajne do klikania myszką.
Oto co znalazłem:
1. UML Graph
Można za jego pomocą narysować diagram klas i sekwencji. To narzędzie nawet trochę przegina w stronę programowania. Tekst definiujący diagram klas na pierwszy rzut oka wygląda jak kod w javie. Drugim przegięciem jest to, że autorom najwyraźniej składnia pseudo-javowa nie leżała w przypadku diagramu sekwencji, więc zastosowali zupełnie inne podejście. Takie trochę rozdwojenie jaźni.
Narzędzie jest w javie więc jest „niezależne-javowo” od platformy systemowej.
2. TextUML Toolkit
Motto tego narzędzia brzmi „Model as fast as you can type”. Ciekawe motto .
Narzędzie jest środowiskiem tekstowej budowy modeli, a do ich wyświetlania używa EclipseGraphviz, które samo w sobie jest ciekawym narzędziem.
Mamy tutaj pełne wsparcie środowiska jak podświetlanie składni i inne bajery.
3. Meta UML
O, to wygląda ładnie. Nie dość, że można w tym narysować całkiem sporo (Diagramy klas, aktywności, przypadków użycia, maszyn stanów i pakietów). Można tu rysować niezłe bajery, łącznie z zaawansowanymi elementami diagramów, jak i kolorkami poszczególnych elementów.
4. Plant UML
To jest dopiero ciekawostka. Nie dość, że można to zintegrować z eclipsem, to jeszcze z WORDem . Piszesz sobie w wordzie tekst, po czym klikasz przycisk i się tekst zamienia na diagram UML, przecież to jest piękne .
Narzędzie umożliwia zrobienie diagramów klas, przypadków użycia, sekwencji, aktywności, komponentów, maszyn stanów, i obiektów. Jednym słowem ful wypas w wordzie.
5. Stary dobry LaTEX
Jak ktoś nie lubi WORDa, to z pewnością lubi LaTEXa
I to jest właśnie narzędzie dla niego. Szkoda, że można liczyć jedynie na diagramy sekwencji (więcej nie znalazłem), sam bym chętnie z tego skorzystał szczególnie, że diagram sekwencji wygląda całkiem sensownie.
Żadne z narzędzi, jakie znalazłem nie udostępnia serwisu, który po prostu generuje diagram, jak robi to yUML. Szkoda, że się wywala na diagramach z większa ilością elementów, ale może twórcy coś z tym zrobią. Wyglądają na zapracowanych, skoro nie odpowiadają na maile (w sumie ich trochę rozumiem ).
No nic, trzeba wierzyć, że narzędzie się będzie rozwijało, albo powstanie jakieś inne. Na razie wszystkie, które znalazłem wymagają niestety instalacji czegoś.
A tak apropos, szukam chętnych, do potestowania powyższych przykładów i opisania swoich doświadczeń w komentarzu pod spodem. Ja się na razie zatrzymałem na przeszukaniu sieci i poczytaniu dokumentacji.
W dyskusjach bliskich darmowemu kursowi uml, który można znaleźć tutaj,
często poruszanym tematem było narzędzie do modelowania, które byłoby proste i najlepiej darmowe.
Różne propozycje padały, ale na takie coś, jak znalazłem dzisiaj bym nie wpadł.
Znalazłem na prawdę „proste” narzędzie do rysowania na szybko diagramów UML. Narzędzie jest tekstowe (na stronie głównej nawet jest notka „I love UTF8!”) i trzeba się tylko nauczyć składni, ale diagramy rysuje na prawdę ładne
Weźmy jako przykład kawałek diagramu ze wspomnianego kursu.
# Diagram z przykładu z http://darmowy-kurs-uml.scire.pl
[Klient]^[Firma]
[Klient]^[Osoba]
[Faktura]*->1[Klient]
[Faktura]1->*[PozycjaFaktury]
[PozycjaFaktury]*->1[Towar]
W wyniku dostaniemy bardzo ładny obrazek w formacie png, który wygląda następująco:
Prawda, że ładne? A jeszcze ten tryb odręcznego rysowania …
Wspomniane narzędzie to yUML, które można znaleźć na http://yuml.me/.
Można rysować diagramy klas, diagramy aktywności i diagramy przypadków użycia.
Tekst można wprowadzać w wersji podstawowej przez formularz na stronie, ale są też dodatkowe narzędzia, z których najbardziej spodobało mi się to na Androida.
Ciekaw jestem do czego mogłoby się wam takie narzędzie przydać i czy się wam podoba. Bardzo proszę, napiszcie w komentarzach.
Po chorobie i półmaratonie postanowiłem wrócić do regularnych treningów. Okazało się to być dość trudne, bo nie wiadomo do jakiego punktu wrócić.
Okazało się być również trudnym regularne opisywanie moich poczynań, ale obiecuje poprawę.
Do treningów na szczęście wróciłem i o ile nie przytrafi się znowu jakaś tragedia, to do jesieni sie wyrobię z całym planem, bo już jestem w rytmie starego planu treningowego, choć kilka tygodni wcześniej.
Przed startem
Trochę obaw było, nie powiem. Od trzech tygodni prawie nie biegałem, a że było to z powodu choroby, to organizm był osłabiony.
Założyłem więc, że będę biegł na tętno, nie na czas. Przyjąłem, że będę się kręcił gdzieś w okolicach górnej granicy 2 zakresu i jak na 18 km zostanie zapas sił, to przyspieszę.
Pojechałem dzielnie w piątek do „misia naszych czasów”, czyli do Centrum Olimpijskiego i odebrałem graty. Można je zobaczyć na zdjęciu razem z innymi akcesoriami, które przygotowałem.
Początki
Zawody jednak są tym cenniejsze, że zbierają doświadczenia w prawdziwych startach. Już jak stałem na starcie, tętno miałem 129 i zaznaczę, że nie jest to moje tętno spoczynkowe . Wspomniana granica 2 zakresu, to jakieś 146 uderzeń na minutę. Ja jednak niemalże od pierwszych chwil miałem duże trudności z utrzymaniem się poniżej 150 uderzeń na minutę, a po pierwszych dwóch kilometrach uznałem, że biegnie mi się dobrze, choć nie za szybko i teraz moim tętnem odniesienia będzie właśnie 150 uderzeń.
Muszę przyznać, że bardzo trudno jest utrzymać dyscyplinę i pohamować swoje ambicje. Przez pierwsze 5 km nic innego nie robiłem, tylko się wkurzałem, że wszyscy mnie wyprzedzają. Zniosłem to jednak jakoś i powtarzałem sobie w duchu, że się jeszcze z tymi wszystkimi „sprinterami” prawdopodobnie zobaczę.
Punkty z wodopojem
Generalnie mniej więcej co 5 km były ustawione punkty z wodą i izotonikiem. Zaplanowałem sobie, że pierwsze 10 km biegnę na wodzie, a potem przyda się trochę węglowodanów. Jakież było moje zdziwienie gdy na 10 kilometrze wziąłem izotonik. Zaczęło mi się „kleić” w ustach i utrudniało to znacznie oddychanie przez następne 10 minut. Miałem jednak kolejne 5 km, aby wymyślić rozwiązanie tego problemu. Wymyśliłem, że w następnym punkcie biorę i wodę i izotonik. Najpierw się zaklejam izotonikiem, a potem „przepłukuję” wodą. Zadziałało i mogę polecić tę metodę.
Pierwsze zmęczenie
Przed startem bałem się najbardziej o moje płuca i serce. Zakładałem, że to te części mojego ciała najbardziej ucierpiały przez prawie trzytygodniową przerwę. Nogi to jednak masa mięśniowa i pewnie tak szybko nie zapomina o wyzwaniach jakie się przed nią stawia.
Objawem pierwszego zmęczenia, które przyszło około 15 km, był jednak ból nóg . Oczywiście mógł być spowodowany niedostarczaniem odpowiedniej ilości tlenu przez serce i płuca, ale tego nie wiem na pewno. Wiem, że od tej chwili ból się już ze mną nie rozstawał. To nie była jedyna niespodzianka jaką mi zgotował mój organizm, ale o tym za chwilę.
Plan przyśpieszenia
Jak pisałem na początku postanowiłem przyspieszyć od 18 km. Widziałem jednak (sprawdziłem to wcześniej), że mniej więcej w tym miejscu jest ulica Sanguszki. Ulica ta mogła spowodować, że zwolnię w tym miejscu zamiast przyspieszyć, bo jest tam silny podbieg. Stwierdziłem więc, że postaram się tam chociaż nie zwolnić, a na końcu podbiegu szpula !
Oj jak ja chwaliłem swoją cierpliwość i samozaparcie z początku biegu i to, że zachowałem tyle sił na ten podbieg. Nie był w sumie taki straszny, jednak na 18 kilometrze wszystko było jakby straszniejsze. Nie mniej jednak rezerwa sił pozwoliła mi na godne stawienie czoła ulicy Sanguszki. Pogłębiłem nieco oddech i jazda.
Zacząłem tam spotykać „starych znajomych” tych, którzy byli źródłem frustracji z początku biegu. Minąłem wielu ludzi na tym podbiegu.
Gdy podbieg się skończył, niesiony i zmotywowany poprawieniem swojej pozycji przyśpieszyłem. I w sumie przyśpieszałem już chyba do końca.
Długi finisz
Od Sanguszki już nie zwolniłem. Przynajmniej tętna, bo z szybkością walczyłem cały czas. W każdym razie mijałem ludzi jak tyczki i to mnie niosło pomimo słabszych chwil. Sprawdziły się słowa doświadczonych biegaczy, którzy twierdzą, że kto na początku biegnie za szybko ma problemy później. Ja nie miałem
No, może nie do końca. Miałem, ale zaczęły się na kilometr przed metą, kiedy to moje tętno osiągnęło historyczną wartość 196 uderzeń na minutę.
I tym oto sposobem mój organizm zaskoczył mnie po raz kolejny, poprzednio myślałem, że moje maksymalne tętno to 186 uderzeń na minutę. Zawody to zweryfikowały.
Ostatni kilometr był ciężki. Biegłem z tętnem cały czas powyżej 190 i ciężko dyszałem. Miałem nadzieję że ostatnia prosta doda mi sił, ale tak nie było. Wydaje mi się, że jednak w tej walce z sobą samym wciąż wygrywałem. Nie zwalniałem, tylko dyszałem coraz ciężej.
Ostatnie sto metrów
Po raz pierwszy poczułem to uczucie. Niby oddychasz pełną piersią, a jednak nie dasz rady wciągnąć tyle powietrze ile Ci potrzeba. Po prostu jakbyś się dusił. Tak się czułem na ostatnich 100 metrach.
Myślałem tylko – „aby dobiec”. Z drugiej jednak strony biegłem bardzo szybko. Na tych ostatnich metrach nikt mnie nie wyprzedził. Za to ja spotkałem się się z kolejnym przypływem energii, a powodem była grupka kilku osób, które biegły przede mną. Pomyślałem , że spróbuje być przed nimi i jeszcze przyśpieszyłem.
Udało się. Dobiegłem jednak praktycznie na bezdechu i półprzytomny. Jakiś koleś musiał mnie uświadomić, że powinienem przejść dalej, aby dać miejsce następnym. Ja najchętniej bym tam został
Dostałem medal i poszedłem sobie odetchnąć.
Wrażenia
NIEZAPOMNIANE!!!
Dzięki Kubo, że mnie namówiłeś na ten start. Przyda mi się to doświadczenie.
A teraz czas wznowić treningi do, nie pół, lecz całego maratonu. Jeszcze dużo czasu i treningów upłynie zanim będę gotów na wymarzone 4 godziny, więc do dzieła.
Trzeba dodać, że nie wydałem ani jednego grosza na jakąkolwiek reklamę.
Muszę się przyznać, że tworząc darmowy kurs UML robiłem to początkowo z myślą o studentach, bo UML się przydaje na moich zajęciach, które prowadzę na MIM UW. Potęga „marketingu szeptanego” przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania.
Początkowa motywacja.
Jak wspomniałem, prowadzę na wydziale Matematyki Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, zajęcia z inżynierii oprogramowania. Są to konkretnie laboratoria z Inżynierii Oprogramowania i mają za zadanie przećwiczyć (z grubsza rzecz biorąc) proces tworzenia oprogramowania. Równolegle do laboratorium jest prowadzony wykład, który ma dać podstawę teoretyczną i to bogactwo wiedzy mogłoby być wykorzystane na laboratorium od strony praktycznej. Pojawia się jednak mały problem, bo jedno i drugie (wykład i laboratorium) jest prowadzone równolegle i wykład czasami nie nadąża.
Nauczony doświadczeniem z poprzedniego roku postanowiłem się wysilić i wrzucić trochę wiedzy, która mogłaby pomóc i przygotować zawczasu przynajmniej tych studentów, którzy chcą coś robić więcej poza tym co muszą.
Co było dalej
Ponieważ z natury jestem (zdrowo ) leniwy potrzebuję dodatkowych bodźców. Na szczęście potrafię sobie te bodźce sam zapewnić i w myśl zasady „jak chcesz coś zrobić powiedz o tym wszystkim, a to zrobisz”, zrobiłem stronę służącą do zapisywania się na kurs i pochwaliłem sie paru znajomym. Między innymi mój stary kolega Jacek Laskowski, którego bloga gorąco polecam wszystkim pasjonatom JAVA i nie tylko, napisał o moim kursie na tymże blogu. Wcześniej dałem jeszcze link na goldenline.pl i się zaczęło.
Forma kursu
Długo zastanawiałem się nad formą i nad tym jak zdopingować ludzi do systematycznej pracy. Ostatecznie stanęło na wideo w odcinkach ze zdrową porcją wiedzy. Odcinki są podzielone odstępami około 3 dni, co wydawało mi się dobrym czasem na przetrawienie materiału i zrobienie ćwiczeń. Jednak jak zrobić, aby każdy uczestnik szedł swoim trybem (przecież nie wszyscy się zapisali równocześnie). Z pomocą przyszło tu narzędzie, które pozwala na automatyczne wysyłanie maili w określonych odstępach czasu.
W każdym mailu, staram się zwracać do uczestników w dość osobisty sposób tak, aby zapanowała dość luźna atmosfera i aby nawiązać ciekawą relację, bo przecież po drugiej stronie jest wartościowy człowiek. To przyniosło ciekawe efekty, ale o tym za chwilę.
Co się dzieje teraz
Od czasu opublikowania kursu cały czas przybywają nowi subskrybenci. Nazbierało się ich do dziś dnia prawie sześciuset. Ale to nie wszystko. Z wieloma nawiązałem ciekawą relację. Ludzie odpisują mi na maile, dziękują, dają cenne wskazówki i czekają na więcej.
Nic nie wskazuje na to, aby liczba subskrybentów przestała kiedykolwiek rosnąć, codziennie zapisuje się kilkadziesiąt nowych osób i wypada tylko się cieszyć, że z niczego wyszło tak wiele.
Jeśli zatem Ty również chcesz skorzystać, zapraszam !!!
No niestety, nie zawsze jest jak chcemy.
Nie piszę od jakiegoś czasu o bieganiu, bo nie biegam. Zachorowałem ;(
Na szczęście już dochodzę do siebie i mam nadzieję, że półmaraton jednak pobiegnę, choć na pewno nie będzie takiego wyniku, jaki by był gdybym nie chorował.
Co do planowanego jesiennego maratonu warszawskiego, mam na szczęście zapas czasu i myślę, że nadrobię jakoś stracone treningi.